(fot. Anna Kraćkowska )

Gościem honorowym festiwalu Rawa Gra Szanty był zespół North Cape, który w tym roku obchodzi 25-lecie istnienia. Z tej okazji artyści otrzymali od Toporów specjalny dyplom i tort. My natomiast skorzystaliśmy z okazji, by porozmawiać z artystami o nurcie piosenki żeglarskiej. Zachęcamy do lektury.

Pięciu mężczyzn, pięć głosów i pięć mikrofonów. Tyle wystarczy, by serwować muzykę, która ciekawi i inspiruje. North Cape uznawany jest za najbardziej eksportowy zespół szantowy w Polsce. Dlaczego lubią odwiedzać Rawę? O tym w rozmowie z Łukaszem Malcharkiem i Krzysztofem Ściepłkiem, członkami grupy, która w tym roku obchodzi jubileusz 25-lecia.

Jak zaczęła się Wasza muzyczna przygoda?

Łukasz Malcharek: Na kursie na patent sternika jachtowego zebrała się grupa przyjaciół, którzy przy ogniskach, z gitarami śpiewali szanty. Ktoś kiedyś powiedział „chłopki, robicie to dobrze, załóżcie zespół”. Założyliśmy. Niespecjalnie jednak lubimy nosić ze sobą ciężary, dlatego od 25 lat śpiewamy a capella, czyli bez instrumentów.

Czyli tak, jak klasyczne szanty.

Łukasz: Dokładnie, choć po 25 latach mamy w swoim repertuarze nie tylko taką klasykę. Lubimy ją zmieniać, udziwniać, bawić się muzyką tak, żeby to zarówno dla nas, jak i dla publiczności było interesujące. 

Co takiego jest w pieśniach żeglarskich, że nie brakuje ich miłośników?

Łukasz: Myślę, że warto odpowiedzieć sobie na pytanie czym właściwie jest szanta. To pieśń pracy wykonywana na pokładach wielkich żaglowców. Mogła być pieśnią barową z XVII wieku, mamy zresztą taką właśnie pijacką pieśń hiszpańskich marynarzy w naszym repertuarze. Marynarze pochodzili z różnych stron świata. Spotykali się na żaglowcu, w kubryku (pomieszczenie mieszkalne załogi – przypis red.) był tygiel kulturowy. Pojawiał się czarnoskóry z plantacji bawełny, ktoś z Nowego Orleanu, jakiś Francuz i tam wyciągali to, co najlepsze ze swoich kultur. Te pieśni były później roznoszone po wszystkich portach świata i tam te najpiękniejsze rzeczy zostały do tej pory.

Czyli inspirują kulturowo?

Łukasz: Ale i muzycznie. Na próbach mamy takie kryterium, że pieśń, którą bierzemy na warsztat musi być melodyjna, ciekawa, musi nas zachwycić swoją strukturą. Dopiero wtedy przerabiamy ją na swoją modłę. Klasyczne, tradycyjne szanty są jednolite, monotonne, dlatego my staramy się ten repertuar mocno urozmaicać. Musimy się tym bawić, cieszyć, a to będzie też zjadliwe dla publiczności.

W jaki sposób pracujecie nad repertuarem?

Krzysztof Ściepłek: Mamy wiele utworów autorskich, kilka które mają tekst autorski, a melodię tradycyjną. Wykraczamy ostatnimi czasy poza muzykę żeglarską, czerpiemy trochę z folku, trochę z rozrywki. A na próbach spotykamy się regularnie, raz w tygodniu i po prostu ciężko pracujemy.

Muzyka szantowa jest w Polsce popularna?

Krzysztof: Od 4 tygodni każdy weekend jesteśmy w trasie. Jeździmy od Bieszczad po morze i z powrotem zahaczając o centralną Polskę. W większości miejsc w kraju nie ma morza, ani nawet żadnego bajorka a ludzie śpiewają tam szanty, bo tęsknią za wodą. Ta muzyka ma swoje wierne grono odbiorców, które się nie zmienia od wielu, wielu lat. Na pewno się ono nie zmniejsza, tylko raczej zwiększa. I Bogu za to dzięki!

Łukasz:  To, co robimy na scenie podoba się nie tylko w Polsce. Kolega nie dodał, że podróżujemy po świecie. Ktoś kiedyś powiedział, że jesteśmy najbardziej eksportowym polskim zespołem szantowym. Mieliśmy przyjemność koncertować w Finlandii, Anglii, Irlandii, Francji, Holandii. W tym roku wybieramy się po raz kolejny do Anglii. Tam ludzie wychowali się na tradycyjnej szancie. Nasza forma żeglarskiego folku, przełamania tradycji w nieco dziwny sposób trochę ich szokuje, ale przez to jesteśmy dla nich ciekawi. Kiedy pytają dlaczego taki sposób śpiewania szanty wybraliśmy, tłumaczymy, że dla nich to rzecz, z której oni wyrośli, uświęcona tradycja, a my traktujemy ją jako piękną melodię do przełamania. Nie czujemy do niej nabożnego szacunku. Nie ukrywajmy, dla Polaków szanta czy pieśń żeglarska jest rzeczą wtórną. Nigdy nie mieliśmy kultury typowo żeglarskiej, nie pływały u nas wielkie żaglowce. Dlatego też dla nas szanta to twór obcy, który ma piękną melodię, do przełamania, do bawienia się nią.

Koncertujecie po całej Polsce i poza jej granicami. Lubicie odwiedzać Rawę?

Łukasz: Bardzo lubimy przyjeżdżać do Rawy Mazowieckiej. Fajna atmosfera, fajni ludzie. Światek żeglarski lubi się i zna. To jedna wielka rodzina i tu też czujemy się jak w rodzinie.

Jak oceniasz artykuł? Głosów: 1

  • 1
    BARDZO PRZYDATNY
  • 0
    ZASKAKUJĄCY
  • 0
    PRZYDATNY
  • 0
    OBOJĘTNY
  • 0
    NIEPRZYDATNY
  • 0
    WKURZAJĄCY
  • 0
    BRAK SŁÓW

0Komentarze

dodaj komentarze

Portal eglos.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wpisu. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.

Treść niezgodna z regulaminem została usunięta. System wykrył link w treści i komentarz zostanie dodany po weryfikacji.
Aby dodać komentarz musisz podać wynik
    Nie ma jeszcze komentarzy...
tel. 603 755 223 lub napisz kontakt@glossk.pl

KUP eGŁOS

Artykuł załadowany: 0.2107 sekundy