społeczeństwo

  wydrukuj podstronę do DRUKUJ4 października 2019 | 12:03
Tomasz Sudakowski jest członkiem nieformalnej grupy biegaczy Rawa Tim Zawsze Slim, z który często bierze udział w zawodach

Tomasz Sudakowski jest członkiem nieformalnej grupy biegaczy Rawa Tim Zawsze Slim, z który często bierze udział w zawodach (fot. arch. prywatne )

W ciągu jedenastu lat wystartował w ponad 100 zawodach. Na co dzień jest kochającym ojcem i dziadkiem. W wolnych chwilach startuje na trasach liczących ponad 100 kilometrów. Tomasz Sudakowski to biegacz, który ciągle podnosi sobie poprzeczkę.

Jak zaczęła się pana przygoda z bieganiem?

Zacząłem biegać w 2007 roku z powodów zdrowotnych, po prostu chciałem się pozbyć nadwagi. Początki nie były łatwe. Pamiętam moje pierwsze wyjście na trening nad zalewem. Przebiegłem może 300 metrów i musiałem przejść do marszu, ponieważ nie byłem w stanie biec dłużej. Wtedy w ogóle nie myślałem, żeby biegać więcej. Trenowałem, by osiągnąć założony przez siebie cel. Po kilku miesiącach wydłużania dystansu przebiegłem zalew dookoła i wydawało mi się to takim niewyobrażalnym dystansem. Kiedy osiągnąłem swój cel, to nie tylko waga, ale także motywacja spadła. Dodatkowo zbliżała się jesień. Uznałem, że jak jest zimno, co się nie biega. Miałem kilkumiesięczną przerwę w treningach. Jednak gdy tylko znów przyszła wiosna, stwierdziłem, że muszę postawić sobie jakieś cele i wrócić do biegania. Jak tylko do niego wróciłem, to już nie przestałem.

Pamięta pan przygotowania do pierwszego startu?

Oczywiście, to było od razu po powrocie do biegania. W maju usłyszałem o biegu Human Race organizowany przez jedną z dużych sportowych firm. W zawodach odbywających się w sierpniu miało wystartować 15 tysięcy osób, które miały do pokonania 10-kilometrowy dystans. Wtedy wydawało mi się, że to dobry cel na początek. Przyznaję – myślałem, że te 10 km to strasznie długi dystans. To przecież aż trzy kółka wokół zalewu. Podczas przygotowań do zawodów poznałem Tadeusza Szymczakowskiego, jednego z pierwszych, jak nie pierwszego maratończyka z Rawy Mazowieckiej. To właśnie od niego dowiedziałem się, że biegów masowych jest znacznie więcej. Opowiadał mi o stronach internetowych i czasopismach o bieganiu, dzięki którym poszerzyłem swoją wiedzę na ten temat.


(fot. RawaAlternaTiveShot) 

W 2008 roku przebiegł pan swój pierwszy pół maraton, a niedługo po nim maraton. Jak wspomina pan te starty?

Przed pierwszym maratonem moja żona ufundowała mi spotkania z profesjonalistą, Markiem Giżyńskim byłym mistrzem Polski w biegach przełajowych oraz reprezentantem kraju w maratonie. Właśnie z nim odbyłem kilka treningów, na których ułożył mi plany treningowe, skorygował błędy techniczne jakie popełniałem. Właśnie zgodnie z rozpisanym planem przygotowywałem się do swojego pierwszego maratonu. Wtedy głównie zależało mi na tym, by ukończyć bieg. Nie ścigałem się z nikim i nie chciałem być pierwszy. Najważniejsze dla mnie było, by w dobrym czasie ukończyć zmaganie.

Biegi w kraju nie są pana jedynymi startami. Brał pan udział w maratonach i biegach na Cyprze, we Florence czy Funcial.

Tak, ale to zupełnie niedawno. Dwa lata temu po raz pierwszy wystartowałem na zagranicznych zawodach. To był zupełny przypadek. Będąc na urlopie na Maderze podczas spaceru z małżonką zobaczyliśmy biuro zawodów. Stwierdziłem, że warto spróbować. Nie wybrałem wtedy długiego dystansu, to było zaledwie dwadzieścia parę kilometrów po górach. Nie potrzebowałem do tego wielkiego przygotowania. Kiedy bieganie staje się codziennością dla człowieka, to do przebiegnięcia maratonu nie potrzeba dużych przygotowań. Wiadomo, że nie osiągnie się wtedy życiowego czasu, ale na spokojnie pokona się dystans.

Zagraniczne starty zaczęły się na urlopie, czyli pana pasja zawładnęła życiem całej rodziny?

Trochę tak. Staramy się z żoną łączyć pasje – moją do biegania i jej do podróżowania. Często jest tak, że jak ona wstaje, to ja jestem po biegu. W żaden sposób moja pasja nie zabiera mi rodzinnego życia. Trenuje głównie w weekendy, więc kiedy znikam, by pobiegać wszyscy domownicy jeszcze śpią. Czasami na treningi wybieram się razem z żoną - ja biegnę, a ona jedzie obok rowerem. Mamy także trzech synów, z którymi także wiele razy startowałem w zawodach. Udało mi się zarazić dzieci swoją sportową pasją. Cały czas starałem się być w ruchu. Chciałbym być przykładem dla moich synów, pokazując im, że w każdym wieku można być aktywnym. Biegając z synami spędzam z nimi czas. W pewnym momencie pojawiła się nawet mała rywalizacja między nami, jednak młodzi szybciej dochodzą do lepszej formy, więc teraz już nie mam z nimi szans.

Dodatkowo najstarszy syn myśli o zakupie wózka biegowego, ponieważ ponad dwa miesiące temu został tatą. Więc pewnie pojawi się także okazja, by popchać wózek przed sobą i pobiec z wnuczką.

 

Od jakiegoś czasu na wszystkich patriotycznych zawodach biegnie pan z flagą. To już tradycja?

Tak, podczas biegów patriotycznych biegnę z flagą oraz w mundurze skautowym. Robię to, by oddać hołd harcerzom, którzy brali udział w walkach o niepodległość Polski. Staram się, także brać udział w biegu Powstania Warszawskiego, gdzie zdarza się, że biegniemy grupą w mundurach i z flagami. Niestety, od kilku lat data biegu powstania pokrywa się z rawskim triathlonem, więc trudno to wszystko sprawnie pogodzić.

 

Triathlon to kolejna dyscyplina, w której spróbował pan swoich sił. Czy udział w triathlonie był kolejnym celem, który chciał osiągnąć?

Trochę tak i trochę nie. Kiedy biegałem już jakiś czas zacząłem mieć problemy zdrowotne. Stwierdziłem, że trzeba zróżnicować trening. W 2010 roku wraz z Tadeuszem Szymczakowskim zainicjowaliśmy akcję poranków biegowych. Na poranki zaczął przychodzić do nas Grzesiek Stefaniak, który już założył klub Triathlon Rawa. Namawiał wszystkich, by spróbować swoich sił w triathlonie. Pamiętam że pożyczał nam rowery. Ciekawostką jest, że wtedy wcale nie umiałem pływać. Dopiero po ukończeniu czterdziestki nauczyłem się, jak utrzymywać się na wodzie. Po roku wystartowałem w pierwszym rawskim triathlonie. Pamiętam, że dystans wodny pokonałem żabką, a trasę rowerową przejechałem na pożyczonym rowerze. Największym zaskoczeniem w triathlonie dla mnie był poziom trudności, jaki towarzyszy zawodom. Wydawałoby się, że to wcale nie jest takie trudne. Okazuje się jednak, że jest ciężko. Nikt na co dzień nie trenuje trzech dyscyplin jedna po drugiej, a w tym przypadku jest to wymagane.

 

W czerwcu po raz czwarty spróbował pan swoich sił w Biegu Rzeźnika liczącym 145 kilometrów. To duże wyzwanie?

Oczywiście, wiadomo, że nikt od tak nie przebiega odległości ponad 100 kilometrów po leśnym terenie. Poza tym lepiej czuję się na długich dystansach górskich. Uwielbiam rozkoszować się widokami jakie są na trasie. Podczas biegów górskich dodatkowo człowiek poznaje swoje granice. Często wydaje się, że już się dalej nie pobiegnie, a po chwili okazuje się, że ten kres wytrzymałości można przewalczyć. Któryś z dowódców Gromu powiedział, że „jeśli wydaje ci się, że już zużyłeś 100% energii, to znaczy, że doszedłeś do poziomu 60% swoich możliwości”. Organizm nas często oszukuje, a biegi długie pozwalają ukształtować charakter i udowodnić, że to ja rządzę swoim ciałem, a nie ono mną.

 

A o czym pan myśli podczas pokonywania 100-kilometrowego dystansu?

Podczas biegów długich, głównie skupiam się na obcowaniu z przyrodą. Kiedy biegam sam staram się pomedytować, poukładać myśli, poszukać ciekawych rozwiązań różnych problemów. Podczas długich biegów często także się modlę. Modlitwa wycisza mnie i uspokaja. Dzięki niej porządkują się wszystkie sprawy, a problemy i kłopoty wydają się mniejsze. Na długich dystansach, gdy dochodzi  zmęczenie modlitwa jest idealnym rozwiązaniem. Jednak samo obcowanie z naturą jest wystarczającą nagrodą za te zmagania.

Szuka pan kolejnego celu do osiągniecia?

Jest taki bieg, w którym wystartuje w październiku, ponieważ udało mi się odkupić pakiet startowy. Będzie to bieg 24-godzinny. To będzie taka leśna doba pod Łodzią. To dla mnie coś nowego, czego jeszcze nigdy nie próbowałem. Co prawda nie będzie to najdłuższy dystans jaki pokonałem, ale to bieg „po płaskim”, więc podchodzę do niego z ciekawością. Na pewno powrócę na Bieg Rzeźnika.

 

Jak oceniasz artykuł? Głosów: 2

  • 1
    BARDZO PRZYDATNY
  • 1
    ZASKAKUJĄCY
  • 0
    PRZYDATNY
  • 0
    OBOJĘTNY
  • 0
    NIEPRZYDATNY
  • 0
    WKURZAJĄCY
  • 0
    BRAK SŁÓW

0Komentarze

dodaj komentarze

Portal eglos.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wpisu. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.

Treść niezgodna z regulaminem została usunięta. System wykrył link w treści i komentarz zostanie dodany po weryfikacji.
Aby dodać komentarz musisz podać wynik
    Nie ma jeszcze komentarzy...
tel. 603 755 223 lub napisz kontakt@glossk.pl

KUP eGŁOS

Artykuł załadowany: 0.1849 sekundy