Amelka Rokicka pomimo niespełna siedmiu lat już deklaruje, że też chce być sadowniczką, tak jak dziadek i tata.

Amelka Rokicka pomimo niespełna siedmiu lat już deklaruje, że też chce być sadowniczką, tak jak dziadek i tata. (Justyna Napierała)

Grażyna i Jan Rokiccy od trzech lat zbierają laury za swoją pracę. Ich życie z sadownictwem to jednak historia czterech pokoleń.

– Zaczęło się od dziadka Piotra, miał jeden hektar sadu, później był ojciec Kazik z trzema i pół hektara, teraz ja z żoną no i czwarte pokolenie syn Cezary – mówi Jan Rokicki.

Cechą charakterystyczną gospodarstwa jest ład i porządek, maszyny na swoim miejscu, jabłka poukładane w klatkach, pachną świeżością a sad jak pod linijkę.

Wita nas Amelka, wnuczka gospodarzy. To niespełna siedmioletnia dziewczynka, o dziadkach mówi: że są bardzo pracowici, a ich jabłka są chrupiące i pyszne. Sama też chce mieć swój sad no i pole truskawek, bo je uwielbia.

– Dawniej były kosztele, kronselki, dziś gusta się zmieniają, osoby starsze lubią miękki owoc, młodzi chrupiący i soczysty – mówi pani Grażyna.

– Trzy lata temu zupełnie przypadkiem rozpoczęła się nasza kariera – wspomina pan Jan.

Zaczęło się od konkursu na bezpieczne gospodarstwo rolne, później był kolejny, Wzorowym Ogrodnikiem pan Jan został w konkursie ogólnopolskim, jego syn Cezary Rokicki Srebrnym Inżynierem Przeglądu Technicznego. Są też Mistrzami Agro.

Dziś przyjeżdżają do nich wycieczki z rożnych krajów, by uczyć się jak prowadzić sad.

– Uczymy pielęgnacji, przycinania drzew, przyjeżdżają z Chorwacji, Litwy, Włoch, Hiszpanii, Kazachstanu. Najbardziej podziwiają nasz porządek – dodaje gospodarz.

Jaki jest ich przepis na sukces?

– Uczyć się na własnych błędach, ja podpatrywałem tatę, mnie syn, syna, córka i przekazujemy wiedzę z  pokolenia na pokolenie. Tego nie można się nauczyć na kursach. Do rośliny trzeba podchodzić jak do człowieka – dodaje Jan Rokicki.

– Ja zbieram 50,60 kilogramów na jeden hektar, roślina jest jak człowiek czy zwierzę nie może być przeciążona. W sadzie musi być oddech, miejsce na nowe pąki, kwiaty. Jest czas na zebranie jabłka, drzewo musi się przygotować do zimy – dodaje Jan Rokicki.

Paca w sadzie się nie kończy, choć zimą jest jej mniej. Styczeń to zimowe cięcie, od połowy lutego cięcie drzewek, prześwietlenie sadu, nawożenie, sadzenie sadów.

Sad może żyć nawet i 70 lat.

– U nas najstarsze drzewka które rodzą owoce mają 12,13 lat. Kiedyś na jeden hektar sadziło się 160 drzew, dziś jest to 3200.

Od końca marca sadownicy opryskują drzewka, do września druga tura handlu jabłkami.

– Dwa lata temu nie sprzedaliśmy praktycznie nic – mówi Jan Rokicki.

Wszystko zostało przechowane w specjalistycznych komorach, i znalazło nabywcę po dobrej cenie rok później.

– Nigdy nie sprzedaję jak zbiorę, kiedy większość tak robi – podkreśla sadownik.

Czeka na lepszy moment. Ma dobre chłodnie. Wtedy zamiast 35 groszy za kilogram, udało się zbyć owoc za 1,40 złotych. To znaczna różnica.

W komorach zachowana jest stała zawartość tlenu do 1,8 procenta.

– Jabłka z naszego przechowywania są znane nawet na SGGW – dodaje z dumą Grażyna Rokicka. W gospodarstwie prowadzone są także badania między innymi gleby. Jabłko lubi żeby ziemia była przepuszczalna, może być 4 klasa, dodatkowo ważne jest nawodnienie.

Sadownictwo jak podkreślają Rokiccy to piękny zawód ale bardzo stresujący.

Najtragiczniejszy rok to 2018. Wtedy cena za przemysłowe jabłko sięgała 6 groszy. Wtedy spółki wykorzystują taki moment dla swojego interesu.

Wówczas gospodarze nie sprzedali nic, przetrzymali owoce i się opłaciło.

Sadownicy drżą też w kwietniu, w maju kiedy pojawiają się przymrozki. Już niebawem w gospodarstwie mają zostać zainstalowane wiatraki, które będą pobierać ciepłe powietrze z góry, dzięki czemu nie będzie zastoiska przymrozkowego.

– Koronawirus dba o nasze jabłka – żartuje pan Jan. Ludzie chętnie wybierają te owoce ze względów zdrowotnych.

Co jest największym problemem sadowników?

– Handel z pośrednikami – mówi wprost Jan Rokicki. On, jak podkreśla ma szczęście.

– Jednak uczciwych spółek jest może do 15 procent – szacuje.

– Reszta oszukuje sadowników, okradają ich na wadze, sprawdzają jabłka i jest ich duży odrzut (kiedy sadownik przyjeżdża po ten odrzut, okazuje się, że nie ma, że owoce poszły na wykorzystanie przemysłowe) nie wypłacają na czas pieniędzy. Wiemy, że sadownicy mają kredyty, muszą kupić środki ochronny, inwestować a to im nie pomaga – dodaje sadownik z Białej Rawskiej.

Jak oceniasz artykuł? Głosów: 3

  • 3
    BARDZO PRZYDATNY
  • 0
    ZASKAKUJĄCY
  • 0
    PRZYDATNY
  • 0
    OBOJĘTNY
  • 0
    NIEPRZYDATNY
  • 0
    WKURZAJĄCY
  • 0
    BRAK SŁÓW

0Komentarze

dodaj komentarze

Portal eglos.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wpisu. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.

Treść niezgodna z regulaminem została usunięta. System wykrył link w treści i komentarz zostanie dodany po weryfikacji.
Aby dodać komentarz musisz podać wynik
    Nie ma jeszcze komentarzy...
tel. 603 755 223 lub napisz kontakt@glossk.pl

KUP eGŁOS

Artykuł załadowany: 0.2863 sekundy